Kałuża, Budka i zakłamanie PO. Senator Warzocha specjalnie dla Niezalezna.pl o sejmiku śląskim

Kałuża, Budka i zakłamanie PO. Senator Warzocha specjalnie dla Niezalezna.pl o sejmiku śląskim

Nerwowe reakcje czołowych polityków Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej na kolejne koalicje zawierane w samorządach przez Prawo i Sprawiedliwość przywodzą skojarzenia z tzw. „prawem Kalego”, opisanym na kartach powieści „W pustyni i w puszczy” przez Henryka Sienkiewicza. Jest tam podany przykład relatywnego podejścia tego – skąd inąd – sympatycznego bohatera do kwestii kradzieży krowy. Komentarze posłów Moniki Rosy, Adama Szłapki z Nowoczesnej oraz Borysa Budki z Platformy Obywatelskiej świadczą o tym, że albo nie przeczytali oni w szkole podstawowej tej obowiązkowej lektury, (ani nie obejrzeli żadnej z jej ekranizacji), albo tę zasadę relatywizmu moralnego stosują konsekwentnie do końca, również we własnym postępowaniu.

Skoro jesteśmy na gruncie województwa śląskiego i kwestii przejęcia odpowiedzialności za ten region przez Prawo i Sprawiedliwość, to warto przypomnieć kilka faktów z historii.

Otóż po wyborach samorządowych w 2006 r. w sejmiku województwa śląskiego Platforma Obywatelska zawarła koalicję z… tak, tak… z Prawem i Sprawiedliwością. Koalicja ta przetrwała dokładnie 408 dni i była solą w oku kierownictwa partii i – osobiście – Donalda Tuska, który postanowił, zaraz po tym, jak został premierem w listopadzie 2007 r., rozwiązać ją. Skończyło się wyrzuceniem z PO kilku jej polityków z województwa śląskiego i odwołaniem zarządu województwa, na czele z ówczesnym marszałkiem – Januszem Moszyńskim. Odpowiedź na pytanie, czy ówczesne władze samorządowe województwa śląskiego źle zarządzały tym kawałkiem Polski, czy miały jakieś wpadki, zaniechania bądź nietrafione inwestycje, jest przecząca. Było dokładnie odwrotnie: przyznano właśnie Polsce, w tym województwu śląskiemu, gigantyczne środki na rozwój, z czego zarząd województwa pod kierownictwem marszałka Moszyńskiego skwapliwie skorzystał, a w ślad za nimi wszystkie subregiony i samorządy. Warto na marginesie dodać, że udane negocjacje z Komisją Europejską w sprawie wysokości środków dla Polski prowadził rząd Prawa i Sprawiedliwości, na czele którego stał premier Jarosław Kaczyński, a głównym polskim negocjatorem była śp. Grażyna Gęsicka, ówczesna minister rozwoju. 

 Ale sukcesy, dobre rządy w regionie, stabilna koalicja, nie miały dla polityków PO żadnego znaczenia. Sojusz z Prawem i Sprawiedliwością nie mieścił się w paradygmacie politycznym Donalda Tuska, który polegał na wyeliminowaniu tej partii i jej polityków z życia publicznego, więc nakazał wszelkimi sposobami doprowadzić do znalezienia innej większości. A jak to osiągnął? Otóż warto to przypomnieć posłom dzisiejszej totalnej opozycji: zawiązano koalicję pomiędzy PO, SLD i… dwoma radnymi, którzy do sejmiku dostali się z list Prawa i Sprawiedliwości, a którzy parę miesięcy wcześniej zasilili partię Marka Jurka. Wtedy dla Platformy Obywatelskiej ci dwaj radni, z których jeden znalazł się w zarządzie województwa, nie byli zdrajcami. Przeciwnie – zachowali się racjonalnie, bo poparli nowy układ koalicyjny i odsunęli Prawo i Sprawiedliwość od współrządzenia w województwie. Nieco inaczej podszedł do sprawy szef Prawicy RP – Marek Jurek – który wyrzucił z szeregów swojej partii świeżo upieczonego wicemarszałka. Sojusz polityka prawicy z partią postkomunistyczną był dla niego właśnie zdradą i też nie mieścił się, tyle że w jego, w paradygmacie politycznym.

A co było potem? Potem były długie rządy Platformy Obywatelskiej w województwie śląskim, której koalicjantami mogli być dosłownie wszyscy, poza partią Jarosława Kaczyńskiego: od SLD, przez PSL aż po Ruch Autonomii Śląska. Wynikająca ze słabości programowej tych ugrupowań, (jak również, w przypadku RAŚ, z niebezpiecznych, separatystycznych tendencji), skala strat we wszystkich sferach, poczynając od zrównoważonego rozwoju poszczególnych subregionów, słabej absorpcji środków unijnych, niskiego poziomu rozwoju gospodarki, degradacji przemysłu wydobywczego, komunikacji i ekologii, aż na kulturze kończąc, nie miała znaczenia. Ważne, że razem byli zaciekłym „antypisem”, i że razem „ukraść krowę”! Więc, oczywiście było dobrze, tym bardziej, że krów do „ukradnięcia” w kolejnych latach pojawiło się jeszcze więcej i każdy Kali mógł ich mieć pod dostatkiem. Nie wyłączając również tych, którzy najbardziej gardłują dzisiaj o rzekomej korupcji politycznej w wydaniu polityków Prawa i Sprawiedliwości i straszą ich prokuraturą. W tym miejscu nie wiem dlaczego, ale na myśl przychodzi mi osoba szanownej małżonki pana posła Budki, która od kilku lat, poczynając od czasu, kiedy sam poseł został ministrem sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz, pełni różne kierownicze i zaszczytne funkcje w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Śląskiego, poczynając od objęcia stanowiska dyrektora gabinetu marszałka na innych ważnych stanowiskach dyrektorskich, kończąc.

Wydaje się, że Kalemu ukradzione wcześniej krowy spędzają dzisiaj sen z powiek, bo w myśl jego filozofii obowiązują wyłącznie dwa modele zachowań: albo „Kali kraść”, albo „Kalemu ukraść”. Gdyby jednak posłowie PO i Nowoczesnej wywiązali się solidnie z odrobienia lektury powieści Sienkiewicza, to dowiedzieliby się, że Staś Tarkowski podejmował heroiczne próby przekonania Kalego, że istnieje inny sposób funkcjonowania w społeczności i polega na tym, że wystarczy nie kraść. Jest tylko jeden warunek. Nie może to być społeczność plemienna.

COMMENTS